Martyna Czech

– born 1990 in Tarnów. Graduate of painting at the Academy of Fine Arts in Katowice in the studio of Professor Andrzej Tobis. She defended her diploma in 2017. In her work she deals with criticism of the human world based on her own experiences. In many of her works, she addresses the suffering of animals. She is an astute observer of the relationship between the animal and human worlds. She is interested in situations where the clash of these two worlds causes pain and suffering.

/martynaczech.com/

Artist, autistic, arthyst, narcissist

I got up early; at high noon. In the bathroom, I brushed my teeth with ultrato titanium white over an old, green-rotted suffocating washbasin. I felt almost good and crisp that morning, as my front pipe was being pushed regularly; still, something was not letting up. The other pipe! It was clogged! For health reasons, I decided to go to a gastrologist to have my entire drain examined in exchange for a picture. An exchange as there is no health care. Art is like a shutter in a window, it obscures your life in the days of your youth, exposes your paper ribs, and everyone claps their balls around because they are looking through a thin sheet of glass. They are cheering so hard for me! For me to go to the bottom. The observer-fuckurators. To them I am glassy, completely transparent.

­ You’ll never take a shit, you have neurosis. Change your profession, the doctor tells me. He sees the disappointment on my face. It’s because of these art pursuits, I think to myself, because everyone is interested in who is pushing my pipes, my old pipes after all. I am still half a brush poor, because I am furious. But what the fuck about other artists: weak, but not that they create shit, they just have a deep-eyed sensitive denkadush. I have a duty to fuck such destructors and be honest to the point of puking: I am, after all, a broken piece of pretty glass. They dance on the edges of my balance, unaware that I am doubly broken. Inside and out. Like through a pretty stained glass window: they see what I want them to see. I frame their reality with images.

I’m such a vindictive scumbag: instead of accidentally contaminating myself with too strong a touch from the musclebags, which would blow them away like leftovers from the table, I plow my veins with a paintbrush and fuck them up in a frenzy of current emotions. Pain, anger, hate, sadness, love, longing, grief, loss. The extremes. And already after the act of creative desperation from the unhealthy kinesis of life, I fold my brushes and disassemble myself. Into first factors. After the thread to the ball I reassemble myself, down there; below the navel. A creative orgasm. My shoe kicked by a pink slipper with a huge pompom in the middle. Origami of ex-perience.

As you can see I am sincere, strong, crazy, such a hungry cunt-lady, however I never kneel before any man and I do not whine like a bitch during art-rut under the window, because I have ass-ets? I speak plainly, I shine pictures. I divide. Some love it, some hate it, but ha ha! No one fucking stays indifferent. I am, in the end, a biig arthyst: a lonely autistic woman mewling in the sauce of her own emotions. It’s my life, relationships, experiences that taste best. I don’t need outside inspiration, I am an art of survival myself. It all hurts so much, the autocripple. Exhibitionism.

On the way back, I saw a magnificent specimen of a snow-white washbasin under a dumpster shelter and immediately thought of a drain clogged by paint residue. Such an eco-remedy, because I could already smell a free bargain. I barely carried this treasure on my back up to the third floor, and people were staring as if I had brought in a two-meter painting. This is where the problem started, because it was already late when I decided to change the junk into junk. I took everything apart and the pipe… None of them fit together.

­ Help! – I call out to the boy artist. He comes and scratches his head.

­ Why do you need this junk, if the old washbasin is good – he says, walking away and leaving me alone with the new, white beloved.

A rooten-green sink, dotted with colorful stains, lands in the studio, waiting for a second life. Micro-case makes me realize that the one who doesn’t take care of the apartment, doesn’t create Home with me. Every detail that makes everyday life easier is a care for Common Good and Home. 

And there your home, where your garbage is.

I plug the sinkhole with a cork, test with copious amounts of linseed oil. I slurp over the oozing liquid and scrub my teeth tiredly. Suddenly I bloat like a puffer. My back pipe has also unclogged, so I quickly run, sit down on the loo. 

Boom!

Cracks my inflated ego, extremy excrement spills out; colored oil paints. A miasma of textured meat tissue. Impastos of the impasse of the impassioned. 

With the last remnants of the strength of my disintegrating  hand, I reach for the flush. I press. 

So that all the shit gets out of this world, escapes into the distance. It disappeared.

We are all made of one and the same substance.

Rabbits have come and eaten the remains of carrots pouring out of the stomach.

Text was written in collaboration with Anna Ciabach (2020).

Anna Ciabach – born 1980. Art historian, exhibition curator, author and editor of texts, organizer of cultural events. She worked in a variety of art-spaces in Warsaw, incl. Klima Bocheńska Gallery, Art NEWmedia and Studio Gallery. Between 2014-2018, together with Zuzanna Sokalska, she co-founded and -managed the Monopol Gallery in Warsaw.
1Image: Martyna Czech, Fragile Unity, 2020. Courtesy of the artist.
2Image: Martyna Czech, Patches shmaches, 2020. Courtesy of the artist.
3Image: Martyna Czech, FucKurator, 2020. Courtesy of the artist.
4Image: Martyna Czech, Typhus II , from the series "Art", 2020. Courtesy of an artist.

– urodzona w 1990, Tarnów. Absolwentka malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach w pracowni prof. Andrzeja Tobisa. Dyplom obroniła w 2017 roku. W swojej pracy zajmuje się krytyką świata ludzkiego w oparciu o własne doświadczenia. W wielu pracach porusza temat cierpienia zwierząt. Jest bystrą obserwatorką relacji między światem zwierząt i ludzi. Interesują ją sytuacje, w których zderzenie tych dwóch światów powoduje ból i cierpienie.

/martynaczech.com/

ARTYSTKA, AUTYSTKA, ARTHYSTKA, NARCYSTKA

Wstałam wcześniej; w samo południe. W łazience umyłam zęby ultratako bielą tytanową nad starą, zielonozgniłą umywalkdusznomo. Tego ranka czułam się prawie dobrze i rześko, bo moja przednia rura była przepychana regularnie, jednak coś nie dawało mi spokoju. Druga rurka! Zatkana! Z powodów zdrowotnych postanowiłam pójść do gastrologa, by zbadał mi całą kanalizację w zamian za obraz. Taka wymiana jak nie ma NFZeta. Sztuka jest jak roleta w oknie, przysłania ci życie za dnia młodości, odsłania papierowe żebra, a wszyscy klaszczą wokół jajami, bo patrzą przez cienką taflę szkła. Kibicują mi tak mocno! Bym poszła na dno. Obserwatorzy-kurwatorzy. Dla nich jestem szklista, zupełnie przeźroczysta.

­ Pani się nigdy nie wysra, ma pani nerwicę. Proszę zmienić zawód, rzecze mi lekarz. Widzi na mej twarzy zawód. To przez te artdążenia, myślę sobie, bo wszyscy interesują się tym, kto przepycha mi rury, starej przecież już rury. Ja to jeszcze pół pędzla bieda, bo jestem furiatką. Ale kurwa co z innymi artystami: słabymi, ale nie, że chujowo tworzą, tylko mają głęb-oko wrażliwe denkadusz. Mam obowiązek jebać takich destruktorów i być szczerą aż do porzygu: jestem w końcu potłuczonym fragmentem ładnego szkiełka. Oni tańczą na krawędziach mej równowagi, nie wiedząc, że jestem podwójnie rozbita. W środku i na zewnątrz. Jak przez ładny witraż: widzą, to co ja chcę. Obrazami kadruję ich rzeczywistość.

Taka ze mnie mściwa prukwa: zamiast skazić się przypadkowo za mocnym dotykiem od mięskich ludzików, co by zdmuchnął ich jak resztki ze stołu, pruję swe żyły pędzlem i napierdalam w szale bieżących emocji. Ból, złość, nienawiść, smutek, miłość, tęsknota, żal, strata. Skrajności. A już po akcie twórczej desperacji z nieżytu kinola żywota, składam swe pędzle i rozkładam się. Na czynniki pierwsze. Popo nitce do kłębka na nowo się składam, tam w dół; poniżej pępka. Orgazm stwórczy. Skrapla się tuż obok moja buta skopywana przez różowy papuć z ogromnym pomponem na środku. Origami prze-życia.

Jak widać jestem szczera, silna, szalona, taka wygłodniała piz-dama, jednak nigdy nie klękam przed żadnym człowiekiem i nie skomlę jak suka w czasie artrui pod oknem, bo wielkie mam atu!ty? Mówię prostooczo, świecę obrazami. Dzielę. Jedni kochają, drudzy nienawidzą tego, ale ha ha! Nikt kurwa obojętnym nie zostanie. Jestem w końcu whielką arthystką: samotną autystką kiszącą się w sosie własnych emocji. To moje życie, relacje, doświadczenia smakują najlepiej. Nie potrzebuję zewnętrznych inspiracji, sama jestem sztuką przetrwania. To wszystko tak boli, autokaleka. Ekshibicjonizm.

W drodze powrotnej ujrzałam wspaniały okaz śnieżnobiałej umywalki pod wiatą śmietnika i od razu pomyślałam o zatkanym, przez resztki farb, odpływie. Taki ekoredimejd, bo czułam już zapach darmowej okazji. Przytargałam ledwo ten skarb na plecach na trzecie piętro, a ludzie gapili się tak, jakbym conajmniej dwumetrowy obraz wnosiła. Tu zaczął się problem, bo było już późno, gdy postanowiłam zamienić śmiecia na śmiecia. Rozkręciłam wszystko no i rura. Żadne nie pasowały do siebie.

­ Pomocy! – wołam chłopakartystę. Ten przychodzi i drapie się po głowie.

­ Na co ci ten śmieć, skoro stara umywalka jest dobra – stwierdza, odchodzi i zostawia mnie samą z nowostarą, białą ukochaną.

Zielonozgniły, upstrzony kolorowymi plamami zlew ląduje w pracowni, czekając na drugie życie. Mikrosprawa uświadamia mi, że ten kto nie dba o mieszkanie, nie tworzy ze mną Domu. Każdy detal ułatwiający życie codzienne jest troską o wspólne Dobro i Dom. 

No i tam tam twój dom, gdzie śmieci twe.

Zatykam korkiem dziurkę umywalki, testuję dużą ilością oleju lnianego. Spuszczam się nad spuczającą się cieczą i zmęczona szoruję zęby. Nagle wzdymam się jak nadymka. Tylna rura też mi się odetkała, więc szybko biegnę, siadam na kibel. 

Bum!

Pęka moje nadmuchane ego, wylewają się extremy ekskrementy; kolorowe farby olejne. Miazga mięsnej tkanki z fakturą. Impasty impasu weny. 

Ostatnimi resztkami sił rozpadającej siemej ręki sięgam do spłuczki. Naciskam. 

By wszelkie gówno spłynęło z tego świata, uciekło w dal. Znikło.

Wszyscy jesteśmy z jednej, tej samej materii.

Przykicały króliki i zjadły resztki marchewki wylewające się z żołądka.

Tekst powstał we współpracy z Anną Ciabach (2020).

1Zdjęcie: Martyna Czech, Krucha jedność, 2020. Dzięki uprzejmości artystki.
2Zdjęcie: Martyna Czech, Łatki szmatki, 2020. Dzięki uprzejmości artystki.
3Zdjęcie: Martyna Czech, kurWator, 2020. Dzięki uprzejmości artystki.
4Zdjęcie: Martyna Czech, Tyfus II z cyklu “Sztuka”. Dzięki uprzejmości artystki.